Anna Kruszak
Transkrypcja:
Anna Petelenz: Dzisiaj moją gościnią jest Anna Kruszak, malarka i absolwentka wydziału malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Powiedz mi Aniu czym sa miastagramy?
Anna Kruszak: To są moje autorskie obrazy, pomysł narodził się w czasie studiów na ASP. Tak się poukładało moje życie, że akurat spędzałam dużo czasu w samolotach. W czasie pięciu lat studiów byłam zakotwiczona w dwu miejscach: w północnej Anglii i w Krakowie. Podczas tych lotów obserwowałam świat z makro perspektywy; szczególnie podczas startu i lądowania miasta wydały mi się czymś niesłychanie pięknym. A później ,kiedy już przestałam latać do Anglii, zostały ze mna mapy miast. I zauważyłam, że kiedy maluję te mapy, ich konstrukcja, geometria ulic, architektury w skali makro tez ma mi coś do powiedzenia. Chciałam odkryć co to jest. Więc miastagramy to sa takie medytacje kolorystyczne nad kształtami map, nad tym, co sprawia, że te miasta wyglądają na […], nad ich historią, nad różnymi charakterystycznymi miejscami, które nadają ton całej kompozycji.
Wspomniałaś o podróżach jako takim czynniku, który wyzwolił w tobie i przez który stworzyłaś tę koncepcję, ale jednocześnie bardzo często na twoich obrazach pojawiają się miejsca zupełnie nieoczywiste. To nie zawsze jest tylko wielki Kraków, Warszawa czy Londyn, ale też takie miejsca i właściwie – jeżeli ktoś z Gdańska przyszedłby na twoją wystawę, to niekoniecznie będzie wiedział czym są Zielonki albo Wrząsowice. To są miejsca nieoczywiste a nadajesz im również takie spojrzenie.
Staram się tworzyć z dostępnych mi miejsc, ponieważ te miejsca budzą we mnie największe emocje. Ponieważ Gdańsk znam bardzo dobrze, ale mieszkam aktualnie w Węgrzcach pod Krakowem. To jest malutka wieś znana głównie z tego, że są tu szczątki Twierdzy Kraków, a Stanisław Wyspiański spędził tu kilkanaście ostatnich miesięcy swojego życia. Postanowił się tu z żoną Teodorą osiedlić, żeby zapewnić byt swojej rodzinie w pięknych, malowniczych warunkach. Faktycznie na moich obrazach pojawiają się takie miejsca, które związane są z moimi codziennymi zajęciami. Wieś Bibice, która jest bardzo nieoczywistym miejscem pojawiła się na moim obrazie. Maluję też Zielonki , staram się te miejsca przefiltrować przez pryzmat tego, jak ludzie, którzy w nich mieszkają, je widzą. Co ich inspiruje, co ich definiuje. Jest tu na północy Krakowa niewątpliwe enklawa zaangażowanych osób, mieszkańców, nie tylko polityków, ale mieszkańców, które chcą podtrzymywać, kultywować tradycje. Tworzą na nowo swoją własną mitologię, bo to dotyczy też osób, które się tu wprowadziły 10, 15 lat temu, nie pochodzą z tych okolic. Północny pierścień Krakowa to jest tzw. sypialnia i ciągle coś się tu buduje, ktoś się wprowadza. I faktycznie podczas różnych spotkań, festynów, eventów, jest obecny folklor, obecna jest pamięć o Stanisławie Wyspiańskim i jest taka chęć do powrotu do tego czaru i magii, powrotu do Młodej Polski. Wszystkiego tego, co definiowało secesję, to, że tutaj jest dużo przyrody, ludzie mają ogrody i wielką pasję do pielęgnowania kwiatów na pewno wpływa mocno na to, że tego typu sztuka do nich przemawia. Przepiękne gorsety, które noszą panie z Koła Gospodyń Wiejskich są całkowicie autentyczne, inspirowane wzorami od Raciborowic i Węgrzc. Jest to fascynujące, jak we współczesnym świecie ludzie potrafią stworzyć sobie własny świat. Troszeczkę inny od tego wielkomiejskiego, goniącego za pieniądzem. Tutaj można znaleźć oddech i poczuć się częścią tej społeczności w kontekście tego, że ta społeczność jest mocno zakorzeniona w jakiejś tradycji.
Sama też jesteś zaangażowana w życie kulturalne swojej lokalnej społeczności. Wspomniałaś też o tęsknocie za przeszłością. Chciałabym wiedzieć jak się w tym mieści twoje malarstwo. Czy jest tam jakaś otwartość na sztukę współczesną, najnowszą? Czy to raczej zawsze jest malarstwo takie, które już bardziej znamy?
Ja się ostatnio czuję troszkę “zawyśpiańszczona”. Jako artystka, która niewątpliwie ma syndromy ADHD dorosłych nie jestem w stanie zbytnio przywiązywać się do jednego nurtu albo do jednego artysty. Natomiast jeśli chodzi o historię i o to czemu moje malarstwo cały czas oscyluje wokół technik sztuk dawnych, to jest to spowodowane moją wewnętrzną postawą twórczą, na którą ogromny wpływ ma postać Mariana Ruzamskiego. Ta postać została mi jakby zwrócona w dzień wydania jego wspaniałej biografii, która napisał profesor Tadeusz Zych, dyrektor muzeum historycznego w Tarnobrzegu. Czytając tę biografię dotarłam do takich pokładów za to, co robię, odpowiedzialności za swoją sztukę, że w zasadzie od tamtej pory staram się pamiętać o osiągnięciach moich poprzedników. I też staram się nieść tę pochodnię. Staram sie wspominać o Marianie Ruzamskim, dla któego wielkim autorytetem był – on sam był z pokolenia studentów Wyspiańskiego, a studiował u Fałata i Malczewskiego, był jednym z najlepszych studentów. I odkrywanie tych ludzi na nowo jest naprawdę bardzo, daje siłę, ponieważ będąc twórcą nie z pierwszych lokat panteonu sztuki, kiedy czyta się o różnych perypetiach życiowych, kompletnie pokręconych losach, o fatum, które wpływa na to, że tworzy się w niekomfortowych warunkach, co w zasadzie dotyczy absolutnie wszystkich postaci z panteonu sztuki. To naprawdę daje siłę do tego, żeby mieć motywację do tworzenia. To jest dla każdego artysty imperatyw, czasami łatwo go zatracić, natomiast zdecydowanie inspirując się mistrzami można czerpać ogromną siłę z tego źródła – ich wyborów życiowych, ich drogi.
Z jakimi marzeniami idzie się do ASP?
Zależy jakie się ma przygotowanie mentalne.
Z jakimi marzeniami ty szłaś do ASP? Malarstwo na krakowskiej ASP to jest taki święty graal. Złapałaś go w ręce.
Tak, to był dla mnie święty graal. Zawsze mierzyłam się z takim zjawiskiem, że jestem ulepiona troszeczkę z innej gliny niż osoby studiujące na ASP z tego powodu, że pochodzę z rodziny, która kultywuje tradycje kapitalistyczne. Załapaliśmy się, jako cała rodzina, na ten boom lat dziewięćdziesiątych. Nie było za dużo miejsca na książki, wrażliwość czy jakieś rozwijanie swego wnętrza. Tak naprawde poszłam na ASP ze świadomością własnego talentu, ale duchowo nie do końca rezonuję z tym, co tam jest proponowane. Nie do końca byłam wtedy gotowa i dojrzała do tego, żeby wiedzieć czym jest twórczość, że wiąże się z tym jakaś odpowiedzialność. Raczej zależało mi bardziej na tych powierzchownych objawach sukcesu artysty. Stąd też różne decyzje, które powodowały, że ta a nie inna galeria, miałam piękną stronę internetowa zrobioną we […] itd. Natomiast to zżerało mnie od środka i zabierało mi cenny czas. Z dzisiejszej perspektywy – jako mama – wiem, że ten mój czas został mi odebrany, a teraz każda minuta jest dla mnie cenna. Totalnie przestałam inwestować w autopromocję. Najcenniejszy jest dla mnie czas spędzony w pracowni z obrazami. I jestem ogromnie wdzięczna mojej rodzinie, która mnie cały czas wspiera, że mogę swój talent realizować nie idąc na jakieś bolesne kompromisy.
Bez autopromocji dość trudno funkcjonować. Jak w takim razie organizuje się wystawe. Czy świat czeka z otwartymi rękami na młode malarki, malarzy? Czy w ramach ASP takiego twardego świata praktycznych rozwiązań można się nauczyć? Praktyka bycia twórcą, to jest ogromny aspekt codziennej pracy – co zrobić z tym, co się już namalowało?
ASP na pewno bardzo się zmieniło od czasu kiedy ja kilkanaście lat temu kończyłam wydział malarstwa. I wtedy faktycznie autopromocja nie była ujęta w żadnym przedmiocie nauczania. Natomiast to jest tak, że pewnie to się zmieniło i dzisiejsze młode malarki i młodzi malarze mają bardzo duży wachlarz prezentowania swojej sztuki: konkursy, wystawy organizowane przez akademię. Na pewno jest tego więcej niż było. Widzę inny problem: idąc na akademię jedni mają więcej inni mniej czasu, bo muszą pracować żeby zarobić na studia. Ale generalnie mamy ten czas, który możemy poświęcić faktycznie na twórczość. Możemy rozwijać swój talent nie przejmując się tym, co się akurat teraz sprzedaje. Dla takiej osoby zaraz po ASP, według mnie, praca dyplomowa to jest szczyt jej możliwości. Później przychodzi szara rzeczywistość: trzeba o siebie zadbać, zadbać o swoją sztukę, utrzymać pracownię i funkcjonowanie wtedy w takim trybie realizowania się jako artysty zgodnie ze swoimi przekonaniami, zgodnie ze swoją wizją, dla większości z nas jest po prostu niemożliwe. Sama staram się z tego wyłamywać, ni ekierowac się komercyjnymi przesłankami na ile to możłiwe. w zasadzie obrazy w dzisiejszych czasach sprzedają się przez internet, zobaczone na ekranie telefonu. Więc to muszą być rzeczy kolorowe, wyraziste. Takie po prostu wzbudzają w nas dopaminę i przemawiają od razu do emocji. A rzeczy takie bardziej artystyczne czy autorskie niekoniecznie są towarem, który byłoby łatwo sprzedać. Czy łatwo jest zorganizować wystawę? Myślę, że to nie jest żaden problem. Ale ktoś musi tę wystawę zasponsorować Miałam piękną wystawę podczas festiwalu Krakers w 2016 roku. Muszę powiedzieć że udało mi się sprzedać kilka obrazów, natomiast to nie był żaden zastrzyk finansowy dla mnie na tyle, żebym mogła zorganizować kolejną wystawę, gdybym nie miała innego źródła dochodów. Rzeczywistość dla artystów, szczególnie w dzisiejszych czasach, jest bardzo wymagająca.
A jak macierzyństwo wpłynęło na twoją twórczość?
Macierzyństwo, z jednej strony jest wielkim wyzwaniem, a z drugiej – generalnie czułam, że duchowość we mnie jest, natomiast miałam do niej bardzo utrudniony dostęp. Przez wpływy środowiskowe, przez ogólne wartości, które w świecie są jak najbardziej korzystne i pomagają, ale nie pomagają w twórczości. I właśnie macierzyństwo, dodam, że urodziłam w pandemii, to był dziwny czas zupełnej izolacji. Macierzyństwo i jego trudy, blaski i cienie i wymuszona przez pandemię samotność bardzo mocno moderowały moje postrzeganie świata. I zdecydowanie pozytywnie odbiło się na mojej twórczości, ponieważ – wspominałam juz o Ruzamskim, o tym, że czuję sie częścią jego spuścizny, jego historii. I teraz dochodzi do tego jeszcze miłość do mojego dziecka; taka konfrontacja z własnym ego, które trzeba odłożyć na bok. I to naprawdę, naprawdę zmienia wszystko. Również na mojej twórczości odbiło się bardzo. W pozytywny sposób.
A jakie masz dalsze plany jeśli chodzi o twórczość?
Chciałabym namalować jak najwięcej miastagramów, chciałabym zrobić taką olbrzymią mapę, która przypominałaby właśnie o tym, że w tym dzisiejszym świecie, w którym zaczynamy dyskutować o tym czy maszyny wyprą ludzi, czy sztuczna inteligencja nas zastąpi, czy to dobrze czy źle, że przestaliśmy być koroną inteligencji w łańcuchu wszystkich gatunków. I przypominać, że nie tylko jako postęp naukowy, nie tylko sukces, czy dążenie do rozwoju, że nie tylko to się liczy. Mamy ogromne dziedzictwo, z którego możemy czerpać pełnymi garściami. W zasadzie chciałbym kontynuować to, co robię bez zmian i mieć dużo, dużo czasu, żeby te mapy powstawały dalej.
To piękne marzenie i tego ci Aniu, bardzo życzę i dziękuję za rozmowę.
