Anna Wańtuch Potrzebni niepotrzebni – stypendium twórcze KPO dla kultury, jesień 2024

Anna Wańtuch

Transkrypcja:

Anna Petelenz: Dzisiaj moją gościnią jest Anna Wańtuch. Artystka, performerka, inicjatorka projektu “Performujące rodziny”. Aniu, czy potrafisz wyobrazić sobie siebie jako artystkę bez doświadczenia macierzyństwa?

Anna Wańtuch: Jejku, jakie trudne pytanie.

Pytam, bo macierzyństwo jest istotnym elementem twojej twórczości.

Myślę sobie, że kiedyś miałam plan zostania artystką i ni ebyłam mamą, więc myślę, że kiedyś, gdzieś w punkcie startu wyobrażałam sobie siebie jako artystkę bez poruszania  wątków macierzyńskich. Ale dziś będąc ileś kroków dalej, myślę sobie, że to by było całkiem inne i w moim odczuciu jakoś mniej poruszające i mniej silne dla mnie. Teraz z tej perspektywy, uważam, że to było coś co nadało mi dużego waloru zarówno w takich aspektach jaka ta sztuka jest, ale też pracy nad swoją działalnością. Tak, myślę, że warunki w jakich musiałam pracować, narzędzia, po które sięgałam nie byłyby możliwe bez tego. I też pewnie sięgnęłabym po inne  sztuki niż taniec, nie miałabym na to odwagi.

A skąd pomysł takiego połączenia. Jesteś mamą, jesteś artystką, ale jednocześnie w ramach projektów, które realizujesz łączysz, w czasie występów na przykład, dzieci i dorosłych. To jest zupełnie nieoczywiste połączenie, zazwyczaj te sfery się separuje; robimy sztukę dla dzieci lub sztukę dla dorosłych.

Powiedziałabym, że jest jakby jeden z działów tego, czym się zajmuję i ja te wszystkie rzeczy, gdzie pojawiają się dzieci, traktuję trochę odrębnie. Chociaż właściwie,  w tych rzeczach, które traktuję jako nie dla dzieci, dzieci i tak się pojawiają. I na tych różnych  eventach dopuszczam ich udział, choć pewnie niektórzy nazwaliby te wydarzenia “18 plus”, ze względu na kategorię nagości, ja i tak wpuszczam tam dzieci. Uważam, że nic złego im się tam nie dzieje. I chętnie patrzę, jak one patrzą na to. Ale mam takie poczucia trochę rozdzielenie tych dwu rzeczy. Czym innym są dla mnie rzeczy prawo macierzyńskimi, a czym innym są rzeczy, które nazywam rodzinnymi czy wielopokoleniowymi. I o inne rzeczy mi chodzi w tych dwu działaniach. Bo w rzeczach macierzyńskich chodzi mi głównie o widzialność macierzyństwa, opieki i troski. W rzeczach rodzinnych chodzi także bardzo o element opieki i troski, ale tam się pojawia taki jeszcze element, o który bardzo bym chciała zawalczyć: to znaczy o funkcjonowanie dzieci na równi  z dorosłymi i tworzenie czegoś w rodzaju mikro społeczeństw, które są równościowe i zrównują nie tylko wiekowo, ale też między performerami a widownią i które nadają wartośćdorosłemu. Bo dziecko zawsze ma tę wartość, zawsze jest cudowne, wspaniałe i wzbudza zainteresowanie i troskę. A rodzic jest tą częścią, która ma taką rolę usługową, mało kto zwraca na nich uwagę i mało kto się troszczy o rodzica przy dziecku. Zapomina się o rodzicu myśląc o dziecku. Te różne wydarzenia , w których ja uczestniczę najważniejsze jest dziecko; rodzic spełnia funkcję kogoś kto pilnuje tego dziecka, rolę wprowadzacza, kogoś kto zapewnia  dziecku dobry czas. A to, o co ja się chciałam zaopiekować, to żeby zapewnić dobry czas i dziecku, i dorosłym. Zaopiekować się dorosłym, żeby nie czuł się niepotrzebny. Żeby widział, że to wydarzenie jest niepotrzebne, jak jego tam nie będzie albo jak nie będzie aktywny. I to siłą rzeczy jest dobre dla dziecka, bo ma aktywnego dorosłego, który aktywnie partycypuje w wydarzeniu; robią coś wspólnie, działają. Większy nacisk kładę na wspólnotowość i opiekę nad dorosłym jednak.

A dorośli się łatwo otwierają? Ta koncepcja, jak powiedziałaś, wyrasta z tego, że dorosły jest kimś, kto płaci, przyprowadza, czeka na dziecko kiedy trwają jakieś zajęcia i nie ma tej aktywnej roli. U ciebie to się zmienia.

Tu, powiedziałabym, jest ta korelacja – nie ma jednego bez drugiego. Jak się nie otworzysz, nie będziesz tam z dzieckiem. A dziecko jest świetnym pomostem. Wspaniale otwiera rzeczy,które są zamknięte. Mówi nie tylko: halo! rodzicu, otwieram ci pole do aktywności, tylko od razu tam wparowuje. I przez to, że od razu tam wparowuje, rodzic musi też wlecieć za nim i wlatuje trochę nieświadomie na początku. To jest takie wrzucenie w działanie, które jakoś powoduje, że przestają się zastanawiać nad tym, że akurat teraz będę rodzicem, będę partycypował. Myślę, że to się po prostu dzieje, to się wydarza i dzięki temu rodzic może stwierdzić w pewnym momencie, że robi coś razem z dzieckiem. Nie czeka, działa.

Może z tobą też tak troszkę było w twórczości? Z twoimi dziećmi. To one cię tak pociągnęły w swoje światy i ty za nimi musiałaś nadążyć?

Zdecydowanie tak. I teraz znowu sobie uświadomiłam, że takim silnym wątkiem jest tu praktyka. To się nie wydarzy w takim sensie, że to sobie wymyślimy i to się stanie, tylko potrzebujemy bardzo mocno praktyki. To czego potrzebuje społeczeństwo, to praktyki współbycia z dzieckiem. Z dzieckiem w sensie takim, w jakim dziecko jest. Boimy się udziału dzieci w wydarzeniach, które nazywamy wydarzeniami dla dorosłych. To wyklucza osoby opiekuńcze z takich wydarzeń. Nie mogą uczestniczyć, są z tego wykluczone. Myślę, że problem jest w praktyce. Gdybyśmy na te wydarzenia zabrali dzieci, na początku to byłoby szokujące i niedopuszczalne, super trudne, ale przecież uczymy się funkcjonowania z osobami z różnymi potrzebami, z różnymi wrażliwościami, schorzeniami. Uczymy się tego, na początku jest ciężko, trudno o podesty dla wózków inwalidzkich, ale jeden po drugim budynek to buduje, bo pojawił się przepis, który każe to zrobić i nagle umiemy praktykować współbycie z osobami z potrzebami ruchowymi.  Myślę, że z dziećmi jest tak samo. To jest szokujące, że na wydarzeniu dla dorosłych pojawia się dziecko i wszyscy: o “jezusmaria” to nie jest dla dzieci! To jest niestosowne. Ale dlaczego to jest niestosowne i czego my się tak właściwie boimy? To ni ejest nic innego niż to, co się dzieje wśród dorosłych, co mnie bardzo, bardzo mocno wkurzyło kiedyś właśnie n ajednym z kongresów dotyczących sztuk performatywnych, kiedy uniemożliwiono osobom opiekuńczym udział, bo dzieci będą przeszkadzały. I nie będzie można w tym uczestniczyć. Zdenerwowałam się, bo zobaczyłam, że dzieje się wszystko to, czego oni się boją ze strony dzieci, a robią to sami. Na przykład szeptanie wśród widowni, rozmowy w trakcie kiedy ktoś występuje, rzucanie się bez kolejki do komentowania, hałasowanie, stawanie, siadanie, wchodzenie, wychodzenie. Dorośli robią to wszystko, co dzieci, więc w czym problem?

Od świata sztuki oczekiwalibyśmy większej otwartości niż w innych przestrzeniach, a czasem okazuje się, że jest on równie zamknięty jak pozostałe, jest trochę zamknięty na tych małych ludzi.

Myślę, że to też wynika z tego, że to są ci “potrzebni niepotrzebni”. Z punktu widzenia tych osób dzieci są niepotrzebne. W teatrze można je zastąpić dorosłymi aktorami, mogą grać kilkuletnie osoby; nie ma z tym problemu. Po co nam matki w sztuce? Nie są potrzebne. Nie wiem, czy w ogóle są potrzebne kobiety w sztuce. Może to wynika też z tego – rzadko jestem optymistką, ale mam poczucie, że jest możliwe takie społeczeństwo, taka kultura, taka sztuka gdzie partycypują wszyscy. I pytanie jest nie czy, tylko jak? Jak włączać w to dzieci, jak włączać w to matki. Pojawił się taki zarzut, bo jedna z niepełnosprawnych artystek powiedziała, że życzyłaby sobie siedzieć tu ze wszystkimi, również z osobami opiekuńczymi, które nie mogą być, bo się opiekują kimś. I jedna z osób argumentowała, że nie każdy by sobie życzył, żeby tu były osoby z dziećmi i tych osób, które sobie tego nie życzą, nie możemy wykluczyć, bo to by było dla nich krzywdzące.  I to było bardzo krzywdzące dla mnie jako mamy, jako osoby chcącej w tym uczestniczyć. Bo skoro jest OK wykluczyć jednych a nie jest OK wykluczyć drugich, to jest coś nie tak. I tu powinno paść pytanie jak? a nie czy? Miałabym sto tysięcy pomysłów jak to zrobić, żeby wszyscy mogli uczestniczyć. Naprawdę gdybyśmy to praktykowali, to byśmy się z tym oswoili. Jechałam Flixbusem w swoje rodzinne strony i sposób zachowania niektórych osób w autobusie był naprawdę mocno przeszkadzający. I nikt im nie zwrócił uwagi. Zastanawiałam się co by było gdyby tak się zachowywało w autobusie dziecko. Pewnie byłby lincz na matce albo co najmniej ona by się z tym czuła bardzo niekomfortowo.

Na pewno. I wiele komentarzy na FB w postach, które wrzucaliby pasażerowie. Miejmy nadzieję że ten świat też się będzie troszkę zmieniał. Wspomniałaś o nagości, która się pojawia u ciebie. I  teraz już trochę abstrahując od dzieci, a skupiając się na ciele, które jest częścią twojej pracy, jest materią – jak pracujesz ze swoim ciałem, otwierasz się, bywasz rozebrana w swoich pracach a potem wracasz z tym ciałem do intymności? Jak to się łączy w tobie?

To mi się w ogóle nie przekracza. Powiedziałam kiedyś o pracach Very Montero, byłam n ajednym z jej spektali – to była Olimpia właśnie – i miałam takie poczucie po tym, jak ona […] tę pracę, że powiedziałam, że Vera była naga na scenie w taki sposób, nosiła swoje nagie ciało w taki sposób, jak kostium. Czasami jest tak, że idę na performans nagie ciało i sprawia mi to dyskomfort przez to, że ja jestem ubrana, jestem zakryta a ktoś jest odkryty. Mam czasami takie poczucie niestosowności wchodzenia w czyjąś sferę intymną. W przypadku Very czułam się całkiem swobodnie, bardzo komfortowo, bo to było tak naturalne, tak ludzkie i tak normalne. I dla mnie tak normalna i niezauważalna była praca przy Mothersuckers z nagością. Bałam się po puszczeniu pierwszego odcinka, że mnie zlinczują, że pojawią się okropne rzeczy. Ale tylko mój brat skomentował, że zabiję  mojego tatę szybciej niż nowotwór. Ale przyjęłam to jako żart i wiedziałam, że to jest żart. To mi tylko uzmysłowiło podejście społeczeństwa do nagości, do ociałą. Jak bardzo to jest kontrowersyjne. Ale to było dla mnie takie poczucie, że nagość to jest jak skóra. Mnie bardzo interesują materie i bardzo dużo pracuje z przedmiotami i rzeczami i takim rozbieraniem na części. Pracowałam nad Mothermaters, gdzie słowo mother jako materia w materiałach, dosłownie w ubraniach, rozplątywaniu różnych znaczeń w ubraniu, nagość była dla mnie super ważna. Myślę, że nagość była materią. Bardzo potrzebowałam obejrzenia sobie  tego ciała. To nie było ekshibicjonistyczne, żeby inni oglądali. To było dla mnie: zobacz siebie, zobacz siebie z bliska, albo bliżej. Poprzez to być może zrozumiesz  więcej. To było dla mnie bardzo analityczne.

Dla widza to jednak może być wciąż szokujące. W takim kontekście, że u ciebie ciało jest ciałem, nie jest eksploatowane na przykład do celowej seksualizacji, do sprzedaży. Jesteśmy przyzwyczajeni do ekspozycji ciała, które prowadzi nas do czegoś dalej. I czasem ciało – mówiłaś o Montero, która jest taka naturalna w swojej cielesności – to jest coś zupełnie odwrotnego od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. W reklamie, w kinie…

To było przykre, że ja tak bardzo rozebrałam to ciało, żeby ono nie było seksualne, ale i tak musiało się pojawić, że ono jest sexy. I dla mnie było oczywiste, że ono nie jest. Było czymś innym. I to, że nie może być czymś innym było jakoś straszne. Zwłaszcza, że tam tak bardzo mnie interesowała ta materialność w wymiarze dosłownym – jak się wchodzi do ciała ciężarnej kobiety w jej wymiarach, rozmiarach, cząsteczkach, składnikach. Takich ilościowych rzeczy. Ile kosztuje troska, ile trzeba wydać pieniędzy, żeby to ciało utrzymać nie tyle w pięknie ale utrzymać w byciu. I to połączenie z tym, co niesie to ciało w środku. W sensie nie tylko wnętrzności, nie tylko dziecka, ale ile tam jest społecznych tematów, politycznych innych. To było dla mnie naprawde o materii. O materii, o nośniku. Nie wyobrażałam sobie, że mogę się temu przyjrzeć inaczej niż widząc siebie w takim bardzo podstawowym wymiarze. Widząc jak to ciało rośnie, jak się zmienia, gdzie następuje i czy da się ją uchwycić. I wyszłam z tej pracy z taką myślą: nie rozumiem tego procesu. Jak bardzo bym się nie starała, jak bardzo bym go rozbierała na części, jak bardzo bym się starała obejrzeć go z różnych stron, to i tak dalej nie rozumiem tego procesu, który się tam odbywa.

Warto powiedzieć czym był ten projekt – Mother.

Nazywam to video dziennikiem ciążowym. Zamierzeniem było zrozumieć ciążę, zrozumieć ten moment przeobrażania się istoty ludzkiej pojedynczej do istoty przechodzącej przez coś, co nazwałąbym jakimś rodzajem hybrydy, do czegoś co jest dla mnie trudem oddzielenia. Trudem związanym nie tylko porodem, ale też takim w ogóle emocjonalnym, który czuje cały czas a teraz jak dzieci dorastają czuję cały czas, zaczynam odczuwać to oddzielanie się. To jest dla mnie piekielnie trudny temat jako mamy. I to, że to sa takie naprawde już odrębne istoty. Tam było takie założenie, że ja spróbuje może, za trzecim razem, uchwycić to, co się tam wydarza i zrozumieć, co się dzieje z moim ciałem i przyjrzeć mu się całkiem z bliska. Więc co tydzień o tej samej porze rozbierałam się i oglądałam swoje ciało. Z różnych punktów widzenia, z różnych ustawień kamery, podążając za myślami i wydarzeniami danego tygodnia w kontekście bycia w ciąży. I podejścia społecznego do mnie jako istoty trochę innego rodzaju. Od takich właśnie niewidocznych maleńkich rzeczy, ale już posiadające tę cenę, wymiar, skład i to, że ja się stałam takim przedmiotem społecznym. Że ktoś do mnie nie mówi: jak się pani ma? kim pani jest? tylko: Anna Wańtuch, tyle i tyle kilo, takie ciśnienie, taka kolej wizyty, taka ilość hemoglobiny itd. To było dla mnie porażające jak bardzo mnie uprzedmiotowiono od momentu zajścia w ciążę. A ja byłam podwójnym podmiotem i to zderzenie było dla mnie bardzo piorunujące i trudne. I takie przyglądanie się temu co tydzień uzmysłowiło mi, że i m bardziej próbuję się sobie przyglądać intymnie, tym bardziej staje się ten temat społecznym, polityka i wątki społeczne wpływają na mnie, nie byłam w stanie być prywatną. I to nie mogła być moja prywatna sprawa, moja ciąża, moja herstoria. Ale czułam, że tam i nie ma tylko mnie i nie jest tylko o mnie. Jest o bardzo, bardzo wielu innych rzeczach.

W Polsce też każdy ciążowy brzuch jest sprawą bader polityczną. i społeczną.

I tylko potem dziecko nie jest. To jest piorunujące.

Powiedz mi, Aniu, jak tworzysz? Masz swój własny pokój, w którym się zamykasz?

Nie mam swojego pokoju. Mam pokój, który jest mój z nazwy, ale to nie jest mój pokój, bo tam są wszyscy i wszystko. Zawsze mnie zastanawia skąd tam sa wszystkie zabawki, skoro to nie jest pokój dla dzieci i jak oni to wszystko ze swoich pokoi przenoszą do mojego. Nie mam swojego studia, nie mam chyba swojego czasu, bo nawet jak mam swój czas, to nie umiem z tym funkcjonować.

Czas mamy jest dobrem rodzinnym.

Ale, kurczę, jak czasami próbuję się zamykać w pokoju, żeby pracować, bo ja chodzę normalnie do pracy – choć obie moje prace są właściwie nienormalne… Pracowanie w tylu wymiarach i praca opiekuńcza to jest, moim zdaniem, nienormalne. W każdym razie jak próbuję zamknąć swój pokój, albo wyjechać na rezydencję, żeby pracować, to nie umiem. Natychmiasts się rozkraczam, nie jestem w stanie pracować bez hałasu, bez przeszkody, bez dzieci wokół, które co piętnaście minut pytają: mamo, a wiesz? Kilkakrotnie pojechałam na rezydencję, miałam być sama, ale nie  umiałam pracować. Dzień mijał za dniem, ja patrzyłam w sufit i nie wiedziałam, co mam robić. Chyba jestem skazana na ten chaos i chyba on jest tak mocno twórczo pędny. Oczywiście psioczę na to, krytykuję, płaczę i się wkurzam, ale myślę sobie, że nie umiem bez tego pracować. Z jednej strony trudno jest w ty pracować, a z drugiej storny w tym się wydarzają te wszystkie projekty. I właśnie w ty się tworzą. I to przerażenie: Boże, jak moje  dzieci wyjadą, to o czym ja w ogóle będę robić te prace? Jak będę pracować. Będzie mi strasznie trudno.

Ale  ten pokój będzie naprawde twój.

Myślę, że to dotyczy tylko moich dzieci trochę w takim sensie, że jak zdarza mi się praca z instytucją i ta współpraca jest bardzo chaotyczna, albo nie mogę się porozumieć kto jest za co odpowiedzialny, nie mogę się odnaleźć – to mam takie poczucie kafkowskie, jest to dla mnie super niepokojące i przerażające. A w domu ten chaos mam oswojony. Jak bym miała przenieść to w jakieś inne warunki i ten chaos miałby być tworzony przez inne osoby, to myślę, że wzbudzałby we mnie lęk.  

Bo jest wyzuty z intymności i poczucia bezpieczeństwa, bo chaos w wydaniu domowym wciąż jest w ramach tego, co oswojone. Zinstytucjonalizowany chaos może być też zagrożeniem.

Miałam kiedyś taki pomysł, żeby napisać podręcznik twórczości w chaosie. Nie tylko w kontekście macierzyńskim, ale w ogóle wykorzystywania chaosu jako takiego wątku twórczego. Odkryłam, że muszę polubić ten chaos, bo on się do czegoś przydaje. Mam korzyść jakąś z tego chaosu. On mnie niepokoi, złości, wkurza, ale z drugiej strony coś mi daje.  Itaja […], twórca metody […] powiedział: ludzie, nie! nigdy nie powstrzymujcie chaosu, nie da się go powstrzymać, płyńcie razem z nim. Im bardziej będziecie go powstrzymywać, tym bardziej wam wybuchnie. To sformułowanie było dla mnie tak bardzo oczyszczające, powtarzałam je sobie cały czas. Starałam się tym zarażać rodziny, z którymi współpracuję. To jest OK, że się tak wydarza  i nie składa. Ale  mam taki wewnętrzny niepokój, że jak  mówię słowo chaos, to to może być zrozumiane na milion innych sposobów, ktoś to może wykorzystać do czegoś, co będzie przeciwko mnie. Tak samo bałagan jest dla mnie super twórczy. Bałagan domowy, przestrzeń bałaganu domowego ma dla mnie tak wielki potencjał kompozycyjny. I mogę robić tryliard spektakli o bałaganie i ubraniach.

Trochę hejtu też cię spotkało za to. Pokazałaś bałagan domowy.

Tak. Spotkało mnie dużo hejtu. Żeby było jasne: ja sprzątam. Właśnie przed wigilia sprzątalam cały tydzień mimo wszystkich memów na FB i zachęt, żeby nie sprzątać przed świętami i olewać, bo jest super nie sprzątać i mieć bałagan. Ale ja chcę mieć posprzątane. Sprzątanie też jest dla mnie oczyszczające. To jest dla mnie bardzo medytacyjna czynność. Nienawidzę jej, ale czasami potrzebuję. Kiedy mam jakieś dłuższe momenty smutku czy nerwowości, to bardzo się wyżywam na mopie.

Jakie różnice dostrzegasz w podejściu do pracy twórczej. Tworzysz, tworzyłaś i współpracowałaś z instytucjami zarówno w Polsce jak i w Austrii i w Czechach. Czy dostrzegasz jakieś różnice?

Mam wrażenie, że to nie jest do końca kwestia różnych krajów, tylko tego, że na przykład w Anglii czy w Austrii pracowałam z bardzo dużymi instytucjami, które posiadają olbrzymie zasoby profesjonalnego zaplecza. Mają po prostu duże możłiwości ludzkie. Ja się w tych miejscach czułam bardzo zaopiekowana, ale byli od tego ludzie. Nie musiałam się denerwować i martwić o to – oczywiście latałam za tym, bo do tego jestem przyzwyczajona i wszystkiego muszę dopilnować sama, albo sama to zrobić, więc to dla mnie był super luksus, że na wystawie w Wiedniu ktoś mi powiedział, że to powieszą sami, że ja nie mogę tego wieszać, bo za to odpowiadają oni. I oczywiście pytali gdzie powiesić i jak ja to widzę, ja mogłam decydować, jak ja to widzę. To, że mogłam zadecydować jak to ma wisieć, było dla mnie takie wow! Oni mówili, że to ja jestem twórczynią i ja powinnam im powiedzieć, jak oni to mają zrobić. Byłam już przyzwyczajona, że muszę iść na jakieś ustępstwa, że muszę  jakoś negocjować przestrzeń dla tej pracy, że zawsze muszę z czegoś zrezygnować. I to jest dla mnie duża różnica. Myślę, to wynika z wielkości instytucji i że gdybym w Polsce miała tę wystawę w Muzeum Narodowym, też uzyskałabym podobny stopień zaopiekowania się moją pracą.Ta praca to była instalacja, która miała elementy wideo i jeszcze audio. Ja się przed tą wystawą, jak durna, uczyłam jak łączyć kable, żeby te słuchawki mogły być trzy naraz. I ja to podłączyć do urządzenia, żeby to działało zapętlone. Szkoliłam się, jak to ustawić, żeby potem to tylko położyć. W Wiedniu, pan, który to ustrojstwo zobaczył, powiedział mi, że oni te wszystkie słuchawki i kable mają i wiedzą jak to zainstalować. I będą pilnować tego w czasie trwania wystawy, kiedy ja już wyjadę, żeby działało jak należy. To było wspaniałe. Super wspaniałe. A potem, jak odbierałam swoją pracę, przyjechałam z narzędziami przygotowana na to, że będę ją sama demontować, to zobaczyłam moją pracę na wózku, gdzie wszystko było pięknie posegregowane, poukładane, zawinięte w folię bąbelkową, pięknie zapakowane. Jak to przywiozłam do domu, postanowiłam tego nie odpakowywać, bo tak mi się to podoba i mam po prostu wielką przyjemność w oglądaniu tak zapakowanej pracy. I elementów instalacji. Ktoś się troszczy o moją pracę, ktoś się mną opiekuje. Chce żeby była dobrze pokazana, żeby tam wszystko działało. To samo miałam też w Londynie. To też była duża instytucja. Pewnie też to, że ja działam gdzieś na pograniczu Off-u i jednak tych niszowych dyscyplinach i tam te zasoby są bardzo ograniczone. To nie wynika ze złej woli, że ktoś się nie chce zaopiekować moja pracą, tylko nie ma kto się tym zajmować.To nie jest róznica, która byłaby związana z krajem. Tylko skali i budżetu. Tam jest więcej pieniędzy na sztukę. W Czechach nie czuję jeszcze tej różnicy, bo w Czechach działam bardzo mało i środowiskowo nie mogę się tam odnaleźć, i zaadaptować. Nie mogę odnaleźć “swoich ludzi”. Natomiast to, co mnie bardzo zadziwia, co próbuję zrozumieć, ale nie do końca potrafię, to to, że Polska stała się moim głównym momentem tworzenia w momencie kiedy wyjechałam. Że ja tak bardzo długo chciałam tworzyć w Polsce, bardzo byłam zaangażowana w bycie twórczynią krakowską pomimo tego, że do Krakowa przyjechałam jako dwudziestolatka i powiedziano mi – może to była jakaś anegdota, czy gdzieś to przeczytałam – ale zostało we mnie takie zdanie: nie urodziłaś się w Krakowie i nigdy nie będziesz z Krakowa. I to jest prawda. Pomimo tego, że wydałam na świat trzech Krakusów rodowitych, wszystkie moje dzieci urodziły się w ścisłym centrum historycznym Krakowa, to ja nigdy nie miałam poczucia, że jestem z Krakowa, że jestem artystką krakowską i nigdy tak nie powiem. Myślę, że najmniej moich prac zostało pokazanych w Krakowie, ale z drugiej strony bez Krakowa ni ebyłoby Performujących Rodzin. Wszystkie Rodziny Performujące mają swój start w Krakowie. Franciszek Araszkiewicz, nasz kompozytor jest krakowski z krwi i kości. Stypendium krakowskie. Piękne koło to zatoczyło niedawno: otrzymaliśmy pierwszą nagrodę dla performujących rodzin na Festiwalu Mała Boska Komedia w Krakowie. To jest coś, co ogrzewa moje serce. Wydawało mi się że Kraków mnie  nie lubi, a jednak coś tam zadziałało.

Czasami najtrudniej jest być prorokiem we własnym kraju. Może trzeba się właśnie odsunąć, żeby pewne rzeczy były lepiej widoczne.

Zastanawiam się czy to był zbieg okoliczności, że akurat wyjechałam i zaczęły kiełkować projekty dawniej napoczęte przeze mnie, czy to było tak, że to ja weszłam na taki swój moment rozwojowy, że coś mi się zaczęło, czy to po prostu mnie otworzyło to, że się zdystansowałam od Polski, jakoś z tego bigosu wyskoczyłam w inna przestrzeń i to mnie otworzyło, że poczułam,że mogę robić pewne rzeczy. Nie wiem. Nie mam na to odpowiedzi, ale bardzo to jest dla mnie widoczne, że od momentu wyjazdu zaczęłam mocno działać na terenie Polski zarówno tanecznie jak i choreograficznie jak i w rzeczach wizualnych. Na wystawę “Matka Ziemia” we Wrocławiu jechałam z Czech  i to był jedyny pokaz tej wystawy w Polsce.

Życzmy tobie, Aniu, i sobie lepszych instytucji, z większymi budżetami. Nie tylko w Polsce. Dziękuję za rozmowę   

.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *