Wiesław Barczewski Potrzebni niepotrzebni – stypendium twórcze KPO dla kultury, jesień 2024

  1. Wiesław Barczewski

Transkrypcja:

Anna Petelenz: Dziś moim gościem jest Wiesław Barczewski, artysta szopkarz, emerytowany organista i pasjonat Doliny Prądnika. Jesteś artystą-szopkarzem juz o dwielu, wielu lat. W czym tkwi magia szopek? Pierwszy konkurs był w 1937, roku, potem rok później, a potem “dziura wojenna” i szopki wróciły w 45, mimo że – możemy się domyślać – były bardzo duże problemy ze znalezieniem zasobów materialnych. Mimo tych trudności tradycja powróciła i do dziś ten konkurs trwa. O co chodzi z szopkami, dlaczego są takie magiczne?

Wiesław Barczewski: Tradycję szopki krakowskiej można “podpiąć” pod tradycję jeszcze z XIII wieku i świętego Franciszka. To nie jest tradycja, która się narodziła w 37. roku, kiedy pan Dobrzycki zorganizował pierwszy konkurs. On próbował podsumować tę tradycję, która się przez wieki rozwijała. Od świętego Franciszka to jeszcze nie były takie typowe szopki krakowskie. To były misteria związane z narodzeniem Chrystusa przedstawiane w sposób nieruchomy w świątyniach i ruchomy poza świątyniami. W Krakowie ta tradycja wzbogaciła się o formę, czyli specyficzne przedstawienie sceny narodzenia Pana Jezusa i elementów architektury Krakowa. Stąd szopka krakowska. A to, że rozkwitła pełnia barw stanioli, kolorowych bibuł i papierów, to jakby przydało jeszcze większej chwały tym narodzinom Zbawiciela. Niektórzy oglądają szopki krakowskie i zaczynają wątpić, czy Pan Jezus przyszedł na świat w Betlejem, czy przypadkiem nie w Krakowie. Dlaczego miałby przychodzić na świat w stajence czy grocie, jeśli tu, w Krakowie ma tak piękne obiekty w postaci szopki zgromadzone w jedną całość architektoniczną. Czy to nie mógłby być dowód na to, że Pan Jezus przyszedł na świat w Krakowie?

Gdyby miał do wyboru, jak mógłby się oprzeć tym brokatom, bibułkom i innym elementom; także ruchomym?

Ewolucję szopki “zawiesiła” wojna, bo nie było z czego ich robić. A te szopki z końca lat 40., powojennych były dość ubogie. W stosunku do dzisiejszych można by to porównać – jak syrenka do ferrari. Inne było spojrzenie, mimo że szopką-matką jest cały czas szopka Michała Ezenekiera z przełomu wieku XIX i XX.  On stworzył taką klasykę szopki krakowskiej – ta szopka sobie stoi w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. To wielki, ponad dwumetrowy egzemplarz. Pan Michał tworzył nie tylko piękne szopki, ale także cały scenariusz i wykonanie jasełek: teksty wierszyków, piosenek, melodie – wszystko było jego autorstwa. Taka szopka była rozchwytywana przez bogatych mieszczan, którzy zamawiali sobie przedstawienia do domu. Dzisiaj, przynajmniej z tego, co ja wiem, nie ma w Krakowie takiej tradycji, żeby szopki masowo, jak kiedyś chodziły po domach bogatych mieszczan, natomiast to, że stoją na wystawie i szopka nieruchoma, nieoświetlona jest mało atrakcyjna, w związku z tym wkładamy do niej co się da, żeby świeciła, ruszała się, żeby figurki były żywe, mimo że nie ma tej całej obsługi jaką byli dawniej kolędnicy, którzy figurki obsługiwali ręcznie, recytowali teksty, śpiewali kolędy. W tej chwili od czasu do czasu pojawiają się w szopkach pozytywki, wygrywające jakieś melodie. Przez jakiś czas był boom na pozytywki, kiedy wklejano do szopek nagrania z pocztówek dźwiękowych z kolędą. Panie, które pilnowały szopek w muzeum o mało nie oszalały, bo te wszystkie szopki jednocześnie grały, więc na czas wystawy trzeba było je wyłączać bo panował po prostu jazgot. Czasem też szopka była piękna, ale kolęda nagrana niekoniecznie… Jednak scena narodzenia Pana Jezusa to jest misterium. Lepiej tego misterium nie zakłócać W tej chwili na wystawie, na szczęście, nie ma tych pozytywek. Teraz technika, nowoczesne metody oświetleń, które się stosuje, zupełnie przesunęły poprzeczkę bardzo wysoko. Z każdym rokiem trzeba się bardziej przyłożyć, żeby ta szopka coś znaczyłą w konkursie. Jak byś zapytała starszych szopkarzy czy chcieliby swoją szopkę sprzed pięciu czy dziesięciu ta wystawić dzisiaj, to powiedzą, że nie, bo by się wstydzili. Tak to szybko idzie. Od kilku lat, od kiedy wpisano nas, czyli szopkarstwo krakowskie,  na listę dziedzictwa materialnego ludzkości, jednak ten rozgłos szopkowania krakowskiego stał się donośny. Przyjeżdżają na konkurs, w szczególności na rynek krakowski w pierwszy czwartek grudnia, całe tłumy, turyści z całego świata, żeby to dziwowisko zobaczyć. Co prawda w tym dniu nie ma wyników, ale jest atrakcja. Ustawienie tych stu pięćdziesięciu czy dwustu szopek na cokole.

Miasto ma gości i jest fiesta.

Jest fiesta. Dla mnie osobiście, to jest taki dzień “kropka nad i szopkowania”, bo cały rok siedzi się nad szopką, poprawia, dokleja, coś tam robi, coś przerabia. Ja to robię w zaciszu swojego pokoju i wreszcie w ten pierwszy czwartek grudnia mogę się tym pochwalić  przed światem. I najprzyjemniejszy z tego całego szopkowanie – jest wiele przyjemnych chwil, momentów i elementów tej dyscypliny życia – ale najprzyjemniejszy jest już ten przemarsz. Bierze się swoją szopkę i idziemy sobie do muzeum. Obok tysiące ludzi z aparatami. Każdy zagaduje, prosi o zdjęcie, o jakieś wyjaśnienia, widać takie żywe zainteresowanie. Każde z dzieci, które tam stoją, obojętnie czy szopka jest wykwintnym dziełem stuki, czy taka niższej nieco klasy – na wszystkie patrzą z otwartymi buziami i są zachwycone. Dla takiej chwili przyjemności warto trudzić się ileś tam godzin, bo taką szopkę robi się z grubsza od miesiąca do roku. Od miniaturek do tych szopek dużych.  I to są setki godzin. I wreszcie przemarsz przez Rynek wśród tych tłumów i to jest najmilsza nagroda. Bo tak szczerze mówiąc, to szopka  jest towarem i nikomu do niczego niepotrzebnym. Robimy ją jak sztukę dla sztuki. Zrobić coś ładnego jako formę obudowy tego narodzenia Pana Jezusa. Natomiast jak już przykleję ostatnią rzecz i mam już coś fajnego, mogę wyjść i pokazać światu – szczególnie jak jest ładna pogoda, a pogody bywają różne: od słońca przez deszcz, grad, śnieg, przymrozki i wręcz upały grudniowe – różne były te historie. Nie mogę zapomnieć o wietrze, bo dwa razy mi zdmuchnęło szopkę z cokołu. Zresztą nie tylko mnie. To są dodatkowe przeżycia tego dnia. A potem trzeba ją zanieść do muzeum i tam się dopiero zaczyna konkurs, jury od popołudnia obraduje. Wyniki podawane są w niedzielę po tym pierwszym czwartku grudnia. Wtedy szopkarze z wypiekami na twarzy podążają n aogłoszenie wyników i tam sie dowiadujemy, czy ten nasz całoroczny trud na coś się przydał.

Wspomniałeś, że szopka to jest taka  piękna, niepotrzebna rzecz. Co właściwie się dzieje z tymi szopkami, które zrobiłeś wcześniej? Wiem, że jedna z nich trafiła do królowej Elżbiety II. A pozostałe? Trafiają do kolekcjonerów? Do rodziny i przyjaciół? Czy jest jakieś miejsce, które skupuje szopki?     

Wszystkie rzeczy, które wymieniłaś funkcjonuje w szopkarstwie. Większośc szopek trafia do zaintersowanych klientów. Podpisujemy, biorąc udział w konkursie, takie oświadczenie, że zgadzamy się, żeby szopka przez trzy miesiące była w muzeum. Moge ja oczywiście sprzedać w międzyczasie, ale nie tak, jak dawniej bywało, nie mogę wynieść jej z ekspozycji. Zdarzało się bowiem, że zanim wystawa dobiegła końca, połowa szopek była już gdzieś tam w świecie. Teraz do ostatniego dnia wszystkie szopki się świecą, lalki się obracają, chyba, że się zepsują, a potem przychodzą odbiorcy i odbierają kupione szopki. Rzecz dziwna, ale mówiliśmy o tych rzeczach niepotrzebnych, ale są ludzie, którym zależy na takich rzeczach i którzy kupują te szopki czasem wręcz regularnie. Szopki nie są tanie, ale są ludzie i w kraju, i za granicą, którzy sobie postanowili, że je mają mieć – i mają. Ja mam szopki chyba we wszystkich miejscach na świecie, ale szczerze mówiąc najbardziej mi pasuje sprzedaż do instytucji zajmujących się kulturą. Jak kupuje jakieś muzeum, to wiem, że moja szopka  – moje wypieszczone dziecko – ma etykietkę i trafia do dobrego domu. A z tego domu i tak go wożą po całym świecie. Bo muzea robią takie wystawy w różnych miejscach świata. Moje macierzyste muzeum czyli to, które zajmuje się konkursem szopek i wystawami, ma masę szopek od tych sprzed wielu lat do tych najbardziej współczesnych. I wożą te szopki po kilkanaście, kilkadziesiąt sztuk po całym świecie i ja  w każdej chwili mogę zapytać gdzie moje szopki są: w Australii, czy w Indonezji albo w Ameryce. Ja nie miałem takiej możliwości podróżowania jak te moje “dzieci”. I wszędzie wzbudzają zainteresowanie jako taki dziwoląg architektoniczny, barwny, ruchomy, oświetlony. Dzięki temu wdrapał się na tę listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości. Przyłożyłem do tego rękę.

A jak wygląda praca nad szopką. Kupujesz wszystkie materiały do szopki, czy to jest tak, jak to kiedyś bywało, zbieranie  papierków i sreberek po czekoladkach? Czy są specjalne materiały?

W zbieraniu “złotek” nic się nie zmieniło. Jak zjem czekoladkę, to odruchowo to “złotko” wrzucam do szuflady. bo czasem kolory, intensywność kolorów z tych “złotek” cukierkowych – fachowo się to nazywa “stanioli” – jest dużo lepsza niż tych, kupionych w sklepie papierniczym, bo mają barwnik trwalszy od tych kupionych w sklepie papierniczym. Nie ścierają się tak łatwo, nie odbarwiają. Trzeba wiedzieć, które czekolady jeść, żeby uzyskać dobry efekt kolorystyczny. Podstawowy materiał, czyli staniol, jest w sklepach papierniczych, a materiałem konstrukcyjnym jest drewno i tektura. Wszystko okleja się staniolem do granic wytrzymałości szopki. Całą szopkę, łącznie z figurkami, można zrobić ze staniolu i ona wtedy nabiera takiego specyficznego blasku. Staniol można wykorzystywać na różne sposoby. Przestrzegam przed wygładzaniem palcem czy linijką, bo wtedy traci kolor i fakturę. Przy u życiu staniolu i kolorów można podkreślać głębię szopki, bo to jest gra bryły. Gdyby robić całą szopkę monochromatyczną, a były takie przypadki; ktoś użył folii, w którą pakuje się kurczaki do piekarnika, to też jest jeden ze stanioli srebrny obustronnie, ta szopka nie była efektowna. Komisja konkursowa doszła do wniosku, że kolor srebrny jest kolorem – szopka ma kilka punktów definicyjnych, które trzeba spełnić: ma być kolorowa. Więc tu warunki konkursu nie zostały przekroczone. Napracować się trzeba tyle samo, co przy kolorowej szopce, a efekt nie może być taki sam. To jest sprawa stanoli. Kartony, tektury i listewki można nabyć albo w sklepie papierniczym, albo w OBI,  czy w Castoramie – są na wyciągnięcie ręki.  Można również dociąć na dowolny rozmiar poszczególne płyty rozdzielające poszczególne kondygnacje w szopce. W dzisiejszych czasach łatwo skompletować te materiały, dobrać oświetlenie jakie się podoba na sąsiednich stanowiskach, żarówek są tysiące. Można dobrać silniki do napędzania, kiedyś trzeba było rozebrać magnetofon, albo kamerę, czy wręcz ulubioną zabawkę dziecka, żeby wybrać jakiś silnik, który sprytnie można zastosować w szopce, co mogło powodować rodzinne napięcia, bo jakiś samochodzik nagle  przestawał jeździć. Za to pastuszkowie w szopce zaczęli chodzić wokół Jezuska. W dzisiejszych czasach tego nie ma.  Ja prowadzę takie warsztaty szopkarskie dla początkujących i zaawansowanych szopkarzy w Muzeum Krakowa i tam dzielimy się takimi informacjami gdzie można jaki kolor kupić, gdzie jaki silnik zastosować. Warsztaty nazywają się warsztatami mistrzowskimi. Pokazuję im różne metody. Nie sztuka jest zrobić szopkę taką, żeby była, a sztuką jest zrobić taką szopkę, żeby wygrała, albo chociaz dochodziła do poziomu mistrzowskiego. To są czasem małe rzeczy, ale zawsze powtarzam swoim studentom, że tyle samo sie napracuje szopkarz, który zrobi niechlujnie kulkę, rulonik czy narysuje bryłę geometryczną na kartonie, co ten, który zrobi to starannie.  Wykona tyle samo roboty i nie dostanie żadnej nagrody, bo efekt jest opłakany. A ten, który zrobi dokładnie tyle samo roboty ale z głową i starannością, na pewno zostanie doceniony .

Czy każda szopka, która robisz to jest projekt architektoniczny. Rysujesz projekt czy to jest konstrukcja, która robisz intuicyjnie i zawsze podążasz pewnym tropem?

To zależy na jakim poziomie zaawansowania jest szopkarz. Tym początkującym zalecam, żeby najpierw zrobili sobie szkic. Potem ten szkic przenieśli na papier kratkowany, albo milimetrowy, w zależności od wielkości szopki. I wtedy już widzą, jak postępować dalej, bo widać z linijką w ręce jakie siatki brył geometrycznych dokładnie, żeby mi wyszła taka, jak  na kartce. Ja od czasu do czasu robię szkic, ale zwykle większość robię bez tego początkowego rysunku. Po prostu zaczynam robić. Są szopkarze, którzy zaczynają robić od orzełka, który będzie zwieńczał szopkę. I w zależności jaki im wyjdzie orzełek, tak dopasują szopkę.

Od szczegółu do ogółu?

To jest troszeczkę ryzykowna metoda, bo on do końca nie wie, jaka to szopka mu wyjdzie. I czasem z mistrzowskich brył wychodzą szopki-pokraki. Jakieś nieproporcjonalne.  Mnie się wydaje, że łatwiej zacząć od pierwszej kondygnacji, którą czasem trzeba nadbudować, czy podbudować od spodu o jedną ze względu na rozmieszczenie napędów czy oświetlenia w szopce. I czasem to wymaga poszerzenia, czasem zwężenia, nadstawienia albo podstawienie jednej kondygnacji, żeby się to wszystko zmieściło. Natomiast jak mam w głowie koncepcję, to nie potrzebuję robić szkicu szczegółowego. To, co zrobię i tak by odbiegało od tego, co jest na szkicu. Jak moi kursanci się przekonali – czasem najbardziej finezyjny szkic na papierze ciężko jest przerobić na bryły geometryczne i tak umieścić w szopce, jak to wygląda na szkicu. W dodatki, jeżeli zrobi się już te bryły, zalecam zrobienie tzw. szopki surowej. Czyli jak są już te wszystkie kartoniki, jeszcze nie posklejane, ale  już pozałamywane w taki sposób, że można już złożyć szopkę. I wtedy sklejamy taką szopkę białą, która możemy sobie obejść ze wszystkich stron, zajrzeć jak to wygląda. Czasem na papierze nie za bardzo widać, jak to będzie pod kątem widoczne. I w takiej szopce białej, której zrobienie nie wymaga jakiegoś nadzwyczajnego wysiłku, najlepiej wszystko poprawić. Nie jest to jeszcze wykończone, więc wymaga minimalnego nakładu pracy, a uzyskujemy efekt taki, jaki chcemy. Przestrzegam wszystkich przed używaniem wszelkiego typu pudełek: po mydle, po paście do zębów itp. artykułach nabytych w markecie, bo czasem milimetry decydują o tym, że szopka jest zgrabna alebo nie jest zgrabna, jeśli wykorzystujemy takie gotowe kartoniki.

Szopkarstwo to jest bardzo specyficzna forma sztuki. Wymaga strasznie dużo czasu, wspomniałeś, że niejednokrotnie rok czasu, bardzo pieczołowitej, koronkowej pracy. Czy to jest tradycja niesiona przez bardzo młodych twórców, czy jeszcze nie? Pojawiają się młodzi twórcy szopek?

Tak. Pojawiają się młodzi twórcy szopek. W konkursie szopek krakowskich muzeum specjalną wagę przykłada do udziału dzieci i młodzieży. Są osobne grupy szkolne, wiekowe, gdzie te szopki są osobno oceniane. Dla dzieci to jest ważne dlatego, bo te szopki dziecięce trudno porównywać z szopką dziecięcą. We mnie wywołują ogromne wrażenie i więcej wzruszeń chyba mam w oglądaniu takiej naiwnej sztuki dziecięcej niż tych szopek dorosłych. Tam widać to uczucie, z jakim dziecko lepiło łeb smoka czy lajkonika.

Na ostatniej wystawie widziałam, że czasem zdarzają się też ludziki gotowe, zabawkowe. Domyślam się, że to dziecko daje fragment swojej ulubionej zabawki.

I możn apowiedzieć, że oddało tej szopceswoje serce i swoją ulubioną zabawkę. Ale przestrzegam: dzieci, nie róbcie tego. W grupach dzieci i młodzieży, a także w szopkach dorosłych, zastosowane figurki gotowe, kupione na kramach z pamiątkami, obniżają wartość szopki. Im więcej rzeczy handlowych w szopce tym ona staje się bardziej towarem troszkę bezdusznym. Im wiecej rzeczy pochodzi spod rąk szopkarza – i tu jest ten zbawienny staniol, przy użyciu którego można zrobić dokładnie wszystkie elementy szopki i to widać, że to jest wykonane palcami szopkarza i odpowiada definicji rękodzieła. Dlatego dzisiaj szopkarze idą w kierunku komputeryzacji. Projekty robią przy użyciu jakichś programów graficznych, profesjonalnych – robią wizualizację i widzą już, jak ta szopka ze wszystkich stron wygląda. Następnie idą do punktu, gdzie pan przy użyciu lasera wycina im wszystkie najdrobniejsze elementy w sklejce. Taką szopkę można w całości zrobić z cienkiej sklejki przy użyciu wycinarek laserowych i sprzedawać na targach rękodzieła wraz ze smokami, wigwamami, helikopterami.  Wystarczyło zaprojektować jakąś grafikę wektorową, ale tam nie ma duszy artysty. W związku z tym, że coraz więcej takich rzeczy się pojawia, od zeszłego roku powstała nowa grupa Szopki Off. Dyrektor Muzeum Krakowa wymyślił taką kategorię, bo z roku na rok przybywa coraz więcej szopek dziwnych, które nie spełniają warunków definicyjnych szopki krakowskiej. Pojawiają się czasem takie różne dziwolągi, bardzo atrakcyjne dla oka i czasem z głębią przemyśleń, ale nie mogły być klasyfikowane w konkursie. Od zeszłego roku kategoria Off kanalizuje potrzeby szopkarzy offowych, stosujących inne techniki, inne środki wyrazu. I tam rzeczywiście są przeróżne dziwne szopki. Ciekaw jestem, co się w tym roku pokaże.

Jakie są zasady takiej klasycznej szopki, reguły koniecznie zachowane, żeby szopka mogła wziąć udział w konkursie i nosić miano szopki krakowskiej?

Podstawową definicją szopki krakowskiej, tradycyjnej wymyśloną przeze mnie to jest: ozdobna obudowa sceny Narodzenia Pańskiego z tym, że tę ozdobę stanowią elementy architektury Krakowa. To jest najkrótsza definicja szopki krakowskiej. A szczegóły: ta budowla musi być wielowieżowa, symetryczna, smukła (szopka, która jest niska i szeroka, przysadzista nie może być szopką krakowską), wielokolorowa. Może uwzględniać postacie związane z historią biblijną czyli można wprowadzać pasterzy, aniołów, którzy są opisani w Biblii, trzech królów, czyli stricte związanych z Bożym Narodzeniem. Ale dodatkowo do szopki wprowadza się też postaci z historii i legend Krakowa. Dlatego ten obracający się Lajkonik, grająca na swoich instrumentach Szmelcpaka, do tego Pan Twardowski, który wisi nad którąś wieżą albo na księżycu, smok wawelskich. I wiele takich postaci, z Krakowem związanych, można do szopki wprowadzać. Oprócz tego stosuje się w szopce nawiązanie do aktualnych wydarzeń związanych z Krakowem, z Polską. W wielu szopkach przez wiele lat występował Jan Paweł II, prezydenci Krakowa czy Rzeczypospolitej. W zależności od tego, jaki fakt historyczny był współcześnie, albo nawiązanie do rocznic okrągłych jakich wydarzeń historycznych. Rocznice klubów krakowskich Cracovii czy Wisły także były w szopkach przedstawiane, niejednokrotnie w bardzo ciekawy sposób. Te elementy muszą być w szopce krakowskiej zawarte.  W kategorii szopek zgłaszano szopkę, która składała się z dwu kominów w Łęgu okopconych jako nawiązanie do ekologii w Krakowie, ale ona nie spełniała warunku podstawowego – choć może komin to też element architektury Krakowa, ale taki troszeczkę naciągany. Wiele szopek miało jakieś głębokie przemyślenia artysty, ale wyrażane bez użycia architektury Krakowa, czyli podstawowych elementów brakowało. One były nieoceniane, a niektóry z tych konstrukcji były i misterne, i widac było tam jakieś przemyślenia, więc stąd pomysł, żeby stworzyć nową grupę, żeby ich docenić. Ja w zeszłym roku z różnych względów nie zrobiłem szopki klasycznej, tylko witraż z szopką krakowską.

A co planujesz na ten rok? Zdradzisz?

Na ten rok już zaplanowałem i już mam na jakimś tam etapie wykonaną klasyczną szopkę krakowską – małą, czyli taką do siedemdziesięciu centymetrów. Szopki są dzielone także na kategorie: miniaturki – do dwudziestu centymetrów, małe – do siedemdziesięciu, średnie – do metr dwadzieścia i wielkie do pięciu (czy do ilu szopkarzowi starczy sufitu) metrów. Bywały takie szopki, które nie mieściły się w salach Krzysztoforów czy w salach, w których wystawialiśmy szopki po konkursie; trzeba je było już tam na miejscu przerabiać, żeby się zmieściły pod sklepieniem. Mierzy się wysokościomierzem; jeżeli szopka ma dziewiętnaście centymetrów to wchodzi do konkursu jako miniaturka, ale jak ma dwadzieścia jeden centymetrów, to musi wejść do grupy szopek małych. Ja robię w tym roku taka do czterdziestu centymetrów.

Będziemy trzymać kciuki za tegoroczny konkurs. I widzimy się na pewno na pochodzie w pierwszy czwartek grudnia.

Dziękuję bardzo.

20196

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *