Joanna Krupińska-Trzebiatowska Potrzebni niepotrzebni – stypendium twórcze KPO dla kultury, jesień 2024

Joanna Krupińska-Trzebiatowska

Transkrypcja:

Potrzebni Niepotrzebni

Dzień dobry Państwu. Nazywam się Anna Petelenz i serdecznie witam w podcaście “Potrzebni niepotrzebni”. Moją gościnią jest Joanna Krupińska-Trzebiatowska, poetka, pisarka, prezeska Stowarzyszenia Twórczego Polart i redaktor naczelna pisma artystyczno-literackiego “Hybryda”. Dzień dobry pani.

Dzień dobry pani redaktor.

Jest pani autorką poezji, powieści, literatury faktu, ale też powieści gatunkowych, bo zdarzyła się też praca science fiction. Proszę mi powiedzieć skąd pani czerpie inspiracje?

Bardzo trudno powiedzieć. Przede wszystkim do każdej powieści inaczej. A poezja w ogóle rządzi się zupełnie odmiennymi prawami i tutaj inspiracją jest pewna potrzeba ducha, czyli chwila, nastrój, pewien sposób odreagowywania rzeczywistości – to tak najogólniej. A co do powieści, to tak, jak mówię; zależy od tego w której. Jeżeli sięgniemy po “Zdradę”, to jest to pewien rodzaj sagi rodzinnej, gdzie chodziło o odtworzenie historii rodziny, a że ta historia była dramatyczna i uwikłana w zawirowania polityczne, toteż i ta historia, i ta polityka były powodem i potrzebą odsłonięcia pewnych zdarzeń związanych konkretnie ze śmiercią mojego dziadka, majora Michała Dunin-Wąsowicza, który został zastrzelony w biały dzień przed budynkiem Kasy Chorych w Łodzi, której był dyrektorem. Takie własne, prokuratorskie zresztą śledztwo przeprowadziłam na potrzeby tej powieści.

A która z form jest pani najbliższa? Czy ma pani swoją ulubioną formę? Nie pytam na razie o własne ulubione dziecko, czyli o to, co pani publikowała.

Powieści generalnie są w jednej formie. Tutaj balansuję na krawędzi literatury faktu, bo ostania książka “Kiedy miłość była zbrodnią” też jest właściwie przywołaniem historii, przywołaniem faktów związanych z wejściem nazistów do przedwojennego Gdańska. I cała fabuła osnuta jest wokół wydarzeń związanych z II wojną światową. Tak można, najogólniej rzecz biorąc, powiedzieć. Jest to pewien rodzaj historycznej publicystyki, bo w momencie, w którym fragmenty książki trafiają na łamy pisma, to wtedy się to już pojawia w trochę innej formie i ma trochę inne wybrzmienie.

Tu mamy takie spięcie twórczości i życia, w formie literackiej. A gdybyśmy chciały przejść do praktyki, to jak się łączy twórczość bardzo intensywną, która zawsze była obecna w pani życiu, z życiem zawodowym, które przecież pani też prowadziła?

No tak, przez ponad trzydzieści lat byłam czynnym zawodowo prokuratorem, a jest to zawód, który niesie bardzo poważne obciążenia psychiczne.  I na pewnym etapie na pewno była to forma odreagowywania też i stresu. Próby poszukiwania odpowiedzi na pytania unde malum, skąd się w człowieku bierze potrzeba agresji, potrzeba zabijania, potrzeba maltretowania drugiego człowieka. To są trudne sytuacje, trudne pytania, a jeszcze trudniejsze odpowiedzi.

Jak to się łączy w praktyce, czas nie jest z gumy. Gdzieś trzeba znaleźć czas i na wymagającą pracę i na twórczość, która też przecież wymaga odpowiedniego zaangażowania, a jeszcze trzeba prowadzić dom na przykład.

Czas nigdy nie był problemem dlatego, że są tak zwane “puste przebiegi”, czyli jazda samochodem, spacer. To, co pani później przeleje na papier czy do komputera, najpierw rodzi się w głowie, w myślach. Potem to już jest tylko techniczny sposób zapisu. Dziś sprawa jest bardzo łatwa, bo można nagrywać na dyktafon w telefonie to, co się potem ewentualnie zapisze.

I jeszcze możemy wykorzystać AI, żeby sama to spisała.

W przypadku komputera bardzo często tak jest. Można coś próbować zapisać obierając ziemniaki.

A czym jest Stowarzyszenie Twórcze Polart?

Jest to takie dziecko, które urodziło się na styku przemian politycznych dziewięćdziesiątego roku, kiedy z nagła powiało wolnością i z nagła okazało się, że w ogóle można robić to, na co się ma ochotę. I zawiązała się taka grupa osiemnastu członków założycieli. Postanowiliśmy, że celem stowarzyszenia będzie promowanie sztuki najnowszej.  W praktyce, na  początku, to było takie towarzystwo – ja czasem żartuję, że było to towarzystwo wzajemnej adoracji – działające oczywiście con amore. Spotykaliśmy się dwa razy do roku. Wiosną i jesienią. Miało to formę zinstytucjonalizowaną, to znaczy miało osobowość prawną, a więc i związane z tym wymogi. Generalnie ta działalność nie była tak rozpędzona, jak w tej chwili. W tej chwili mamy stu dwudziestu członków i przeszliśmy do działania na szeroką skalę, nie tylko na terenie Polski, ale także na terenie międzynarodowym. Podjęliśmy próbę sięgnięcia po środki europejskie.  Organizujemy minimum dwie, trzy wystawy sztuki w roku, w tym salon sztuki skupiający ponad dwudziestu wybitnych polskich twórców sztuki, czasami gości z zagranicy. Ostatnio gościliśmy znanego niemieckiego malarza Ludwiga Anderera der Ältere. To jest taki realizm magiczny, rzadko pojawiający się w naszych wystawach. Organizujemy koncerty z udziałem orkiestr niemieckich, niemieckich dyrygentów. To nam otworzyło pewną drogę na Zachód i pewną drogę do pieniędzy dlatego, że kultura w Niemczech jest finansowana na zupełnie innym poziomie niż u nas. Tam orkiestra akademicka czy młodzieżowa nie ma problemu ze zdobyciem środków na trasę koncertową, na tournee, na hotele, autokar, czyli to, czego po naszej stronie ciągle brakuje.

Jak się zarządza taką grupą już ponad stu osób, które tworzą, bo przecież w każdym twórcy jest i wielkie marzenie, i na pewno ego. Jak to wszystko połączyć idąc do celu twórczego, który wykracza poza te indywidualne potrzeby.

Wypracowaliśmy pewne formy działania. I tu trzeba oddać hołd placówkom muzealnym, z którymi pracujemy od bardzo wielu lat. Takim naszym stałym i starym kooperantem jest Muzeum Niepołomickie w Zamku Królewskim w Niepołomicach. Od lat organizujemy tam wystawy sztuki współczesnej, połączone z koncertami. Jest przepiękna sala akustyczna z doskonałym fortepianem, gdzie grywały różne orkiestry, dyrygował sam Tadeusz Strugała. Był to debiut fortepianowy Izabeli Jutrzenka-Trzebiatowskiej, młodej wówczas pianistki, dzisiaj uznanej w świecie. Współpracujemy z Muzeum Żup Solnych w Wieliczce, gdzie też organizujemy stałe wystawy; ostatnio salon sztuki Polartu, gdzie organizujemy koncerty, bo jest piękna sala gotycka również z doskonałym fortepianem. Wreszcie podjęliśmy, na mniejszą skalę, współpracę w Willą Decjusza w Krakowie, gdzie teraz organizowana była wystawa jubileuszowa pięćdziesięciolecia pracy twórczej rzeźbiarki Krystyny Nowakowskiej, połączona z koncertem fortepianowym. No i wreszcie wielkie Muzeum Niepodległości w Warszawie, dysponujące dwiema galeriami sztuki: galeria Brama Bielańska, w miejscu gdzie w czasach zaborów było więzienie, a w tej chwili wykorzystywane jest na potrzeby prezentowania sztuki. W oparciu o te obiekty – tu trzeba oddać hołd dyrektorom tych placówek, którzy chcą współpracować z organizacją pozarządową, jaką jesteśmy – możemy sobie pozwolić na działanie w tak szerokim zakresie. Osób chętnych, żeby wystawić swoje prace, pokazać rzeźbę czy malarstwo nie brakuje. Natomiast wielkim problemem w Krakowie są galerie, miejsca gdzie można tę sztukę prezentować. Prosze popatrzeć na mapę miasta: mamy Towarzystwo Sztuk Pięknych w Krakowie, które rządzi się swoimi prawami, a te prawa są, niestety,  dostosowane do zmerkantylizowanego rynku. Mamy BWA, które nie jest z gumy; przestrzenie wystawiennicze, tak jak i czas, się nie rozciągają. I tak naprawdę, jak się chce coś zorganizować w zakresie wystaw, to zaczynają się dość duże problemy. Przez długi czas współpracowaliśmy z galerią pani Hanny Haberowej w Rynku Głównym. Szukamy takich miejsc, gdzie można zrobić wystawę większą, mniejszą, gdzie można się spotkać, wypić lampkę wina, podyskutować  o sztuce.

Rzeczywiście tych większych przestrzeni wiele w Krakowie nie ma, a małe galerie mogłyby zapewnić komfort ekspozycyjny, jakiego prawdopodobnie poszukujecie. No i ten świat galeryjny to jest trochę taki świat, który musi otworzyć drzwi od środka. Takie mam wrażenie.

Pani redaktor, odpowiedź jest bardzo prosta: to jest kwestia pieniędzy. Nic ponadto. Galerzysta musi się utrzymać, więc nie może sobie pozwolić na robienie wystaw bez gwarancji, że coś z tej wystawy sprzeda. A proszę popatrzyć na wysokie ceny prac i na rynek odbiorczy. Ale to już jest zupełnie inny temat.  Myślę, że nie jest to temat, w który chciałybyśmy się dzisiaj zagłębiać.

Ja myślę, że to jest temat rzeczywiście na zupełnie odrębną rozmowę. Kilka lat temu wpadły mi w ręce takie dane, z których wynikało, że przeliczenie nakładów finansowych Polaka na kulturę, to było około cztery złote. To było przed inflacją, ale tak czy inaczej w  te cztery złote wliczone były już bilety do muzeów i galerii. Od tych czterech złotych bardzo daleko do inwestycji w sztukę czy w obrazy. Wróćmy do Polartu i do “Hybrydy”. Wydajecie pismo już ponad  dwadzieścia lat. I na pewno obserwuje też pani w tym kontekście zmieniający się rynek prasowy, wydawnictw drukowanych. A wy cały czas trwacie.

Trzeba zacząć od tego, że pismo powstaje wielkim społecznym wysiłkiem autorów, redakcji. Autorzy działają con amore, bo gdyby nie to, nie stworzylibyśmy żadnego pisma. Z pustego i Salomon nie naleje. W momencie, kiedy jest materiał i to materiał składający się najczęściej  z artykułów także naukowych; przecież “Hybryda” była na liście czasopism naukowych ministerstwa nauki i szkolnictwa wyższego do momentu kiedy powiało, a właściwie wymiotło wielką miotłą, znakomitą część tytułów prasowych. Ambicje jednak pozostały i jest dwunastoosobowa rada naukowa, artykuły są w części recenzowane. Są też opowiadania, wiersze, różne rzeczy. Ale przyświeca temu pewien cel nadrzędny, czyli dokumentowanie tego, co Stowarzyszenie robi. Żeby te koncerty, wystawy, spotkania autorskie (bo jesteśmy także wydawcą i poza “Hybrydą” wydajemy książki, tomiki wierszy) nie przepadły. Staramy się wszystko to udokumentować w formie recenzji. Mamy znakomitych fotografików w Stowarzyszeniu; tu wymienię takie nazwiska jak pan Konrad Pollesch czy Jasiu Zych, Andrzej Makuch. Te materiały zawsze są zdjęciowo bogate i zdjęciowo doskonałe. To wszystko składa się na pokaźną ilość stron w “Hybrydzie”. Drukujemy, niestety, w formule czarno-białej, ale na stronach Wojewódzkiej Biblioteki Cyfrowej i dość szeroko rozsyłana jest w różnej postaci: e-booków, linków do Digital Library i wtedy można ją przeglądać w kolorze.

Jeszcze à propos twórczości; skupia pani wokół siebie wielu, wielu artystów. I gdzieś, na samym dnie tego życia twórczego, na pewno u wielu osób jest takie – non omnis moriar – że coś zostaje. Twórczość rzeczywiście zostaje, ale poza tym wymiarem duchowym, aspiracyjnym i nadzieją, że coś dla przyszłych pokoleń zostaje, mamy do czynienia z aspektem bardzo praktycznym tego zjawiska, czyli tego, że sztuka zajmuje miejsce. Czy Stowarzyszenie zarządza spuścizną wielu twórców, którzy odeszli? Książki oczywiście zajmują miejsce, ale są w miarę “ogarnialne”. Natomiast obrazy, dziesiątki obrazów, wielkie instalacje, rzeźby, ten fizyczny aspekt twórczości to specyficzny element tego z czym twórczość pozostawia odbiorców.

Trzeba powiedzieć, że jest to problem nierozwiązany i chyba nierozwiązywalny na tym etapie. Jeżeli twórca – mówimy tu o malarzach, rzeźbiarzach – jest bardzo uznany, wtedy za życia jest w stanie pozyskać przestrzeń na swoje muzeum. Przykładowo mój mąż Janusz Trzebiatowski ma swoje własne muzeum w Chojnicach. W Chojnicach, bo tam się urodził. Ma część prac w stałej ekspozycji w Dworze Sztuki w Siennicy Różanej.

W przypadku twórców uznanych na pewno jest łatwiej. Ale mamy całe rzesze twórców, którzy  niekoniecznie są za życia uznani. Mogą być dostrzeżeni później albo ich twórczość cechuje się wysoką jakością, ale niekoniecznie zdobyli rozpoznawalność.

Nie ma placówki zainteresowanej. Mogłaby to być placówka muzealna czy przestrzeń wystawiennicza BWA, która byłaby zainteresowana przejęciem takiego dorobku, weryfikacją pod kątem ocalenia jakiejś choćby części zbiorów. Był taki moment, kiedy powstała Fundacja Panteon Narodowy na Skałce. Ja byłam członkiem Rady Programowej tej fundacji, założonej przez profesora Napiórkowskiego i prezesa PAU profesora Andrzeja Białasa. Alarmowałam, że większym problemem niż pochowanie szczątków doczesnych artysty jest zabezpieczenie jego dorobku po śmierci. Niestety to nie znalazło oddźwięku. I z tego, co wiem, to jeśli się nie jest np. Beksińskim, to generalnie nikt nie jest zainteresowany przejęciem takich zbiorów. Rodziny sobie różnie z tym radzą. Czasami ktoś ma bardzo wiele szczęścia i sprzedaje wszystko, co stworzył, jak to się mówi, na pniu. Ale takich artystów jest niestety nie tak wielu.

A czy jakieś rozwiązania prawne pani by tu widziała, byłyby możliwe?

Są rozwiązania prawne, mieszczące się w obrębie prawa spadkowego, ale nie ma zainteresowania ze strony placówek kulturalnych, które chciałyby taką spuściznę przejmować To jest rola dla muzeów, które generalnie nie mają miejsca, dla władz, może na poziomie miasta, może ministerstwa. Nie słyszałam, żeby ktoś w ogóle myślał o zainteresowaniu się tą przestrzenią. Bywało, że znajdowaliśmy rzeźby Mariana Kruczka na śmietniku w Nowej Hucie.

To jest wielka przestrzeń do rozmowy i do jakiegoś opracowania w przyszłości. A czego życzy pani sobie, Stowarzyszeniu  i “Hybrydzie” na przyszły rok?

Żeby nie było gorzej, żeby było lepiej, żeby ludzie mieli tyle zapału i samozaparcia co do tej pory, żeby chcieli działać w dalszym ciągu con amore. To nie jest problem tylko naszego Stowarzyszenia. To problem rejestrowany w całej Polsce, to jest problem wszystkich właściwie organizacji pozarządowych, które dobijają się o środki z różnych kas, między innymi z kasy Urzędu Marszałkowskiego w Krakowie w ramach konkursu Mecenat Małopolski. Jak my finalnie proponujemy na przykład dwie wystawy i trzy koncerty z udziałem orkiestry niemieckiej Collegium Musicum; trzy wspaniałe koncerty przez nas zorganizowane w Filharmonii Krakowskiej, Filharmonii Śląskiej i w Zamku Królewskim w Niepołomicach, to się okazuje, że nie dostajemy ani złotówki, bo większość pieniędzy poszła dla kół gospodyń wiejskich. Więc życzymy sobie, żeby tak nie było, żeby ktoś zaczął patrzeć na sprawę nie pod kątem zadowolenia swoich przyszłych wyborców, ale pod kątem rzetelnego ocenienia składanych przez organizacje pozarządowe projektów. Teraz dostaliśmy Nagrodę Lidera Wolontariatu w Centrum Obywatelskim i na koniec prezes tego centrum, pan Ferdynand Nawratil powiedział: w każdym wniosku piszcie, że jesteście Liderem Wolontariatu. Czy to pomoże? Ja osobiście wątpię.

Życzymy, żeby pomogło. Życzymy życzliwych i rzetelnych ocen wniosków w przyszłym roku. Dziękuję za rozmowę.

Bardzo dziękuję za zaproszenie. Również życzę wszystkiego co najlepsze na nowy rok.

14684

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *